Globalny “drenaż móżgów” czy wielka szansa?

Migracje wykwalifikowanych pracowników w erze globalizacji napędzają gospodarkę, ale ich efekty sprawiają, że nieprzypadkowo nazwane zostały “drenażem mózgów”.

W coraz bardziej zglobalizowanym świecie na rynku pracy narodowość przestaje mieć znaczenie. Wysokiej klasy specjaliści przemieszczają się między krajami, pracując bardzo często gdzie indziej niż się urodzili. Ale to, co stało się siłą napędową światowej gospodarki, oznacza duże problemy dla krajów słabiej rozwiniętych, które tracą swoich najlepszych obywateli, a także pieniądze. Po pierwsze te wynikające z niższego tempa rozwoju, a po drugie te, których potencjalnie najlepsi pracownicy nie zapłacą w formie podatków.

Różne oblicza migracji

Gdy myślimy o migracjach zarobkowych najczęściej przychodzą nam do głowy słabo wykształceni pracownicy wyjeżdżający do bogatszych państw, by pracować tam w zawodach, które nie wymagają większych kwalifikacji, a często nawet znajomości języka. Najczęściej też o tym myślą obywatele krajów rozwiniętych obawiający się imigrantów “zabierających” im pracę. Ale w erze globalizacji migracja ekonomiczna ma także zupełnie inną twarz. Twarz naukowców, lekarzy, menedżerów czy programistów o wysokich kwalifikacjach, którzy pracują w innych krajach, przyczyniając się do ich dynamicznego rozwoju. Ba, dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) pokazują, że statystycznie imigranci przyjeżdżający do pracy w państwach OECD są lepiej wykształceni niż ogół miejscowej populacji. Do tego stopnia, że znacznie częściej niż obywatele danego kraju mają kwalifikacje zbyt wysokie, by mogli dostać pracę w niektórych zawodach.

Migracje specjalistów wysokiej klasy w erze globalizacji stały się jednak powszechne i jeśli nie dojdzie do nagłego zatrzymania trendu współzależności między państwami i ich gospodarkami – na co się nie zanosi – to będą pewnie jeszcze częstsze.

“Drenaż” najlepszych mózgów

Naturalna chęć poprawy swojego losu dla specjalistów o wysokich kwalifikacjach powoduje, że wyjeżdżają oni do pracy w krajach bogatszych, ale wielu widzi w tym procesie współczesny kolonializm. Państwa Europy Zachodniej, Stany Zjednoczone, Kanada czy Australia przyciągają najlepszych, osłabiając jednocześnie kraje mniej zamożne. Już kilkadziesiąt lat temu, wraz z rozwojem tego trendu został on nazwany “drenażem mózgów”.

O ile jeszcze wtedy pojawiały się nadzieje, że najlepsi specjaliści wyjeżdżający za pracą po latach wrócą do swoich ojczyzn i dzieląc się wiedzą oraz doświadczeniami, pomogą w ich rozwoju, to badania pokazują, że dzieje się tak rzadko. Tym samym powstaje swoisty efekt “kuli śnieżnej”. Zostając w państwach bogatszych pracownicy pomagają jeszcze bardziej zwiększać ich przewagę gospodarczą i technologiczną nad “peryferyjnymi” krajami biedniejszymi. A ich dzieci wychowują się już w nowych ojczyznach i ze starymi nie mają wiele wspólnego. Zaś zmniejszenie zasobu wykształconej siły roboczej w krajach słabiej rozwiniętych obniża ich zdolność absorpcji nowoczesnych technologii, co dodatkowo osłabia je gospodarczo. Nawet jeśli kraje biedniejsze okresowo rozwijają się dość szybko, to ich wzrost PKB zwykle stoi na dość wątłych podstawach, takich jak konsumpcja lub ma źródło w konkurowaniu niskimi kosztami pracy.

Rozwój kosztem słabszych

W latach 60. ubiegłego wieku przedstawiciele tzw. nowej ekonomii z optymizmem twierdzili, że kraje “drenowane” z najlepiej wykwalifikowanej siły roboczej również skorzystają na migracjach zarobkowych swoich wykształconych obywateli. Rzeczywistość pokazała, że ten nieunikniony proces przyspieszył rozwój światowej gospodarki, w której narodowość straciła na znaczeniu, ale dla ojczyzn migrujących specjalistów wcale nie okazał się zbawieniem.